Ona

Bo życie zbyt krótkie jest, by oglądać się za siebie.

Ostatnie noce bywają dość obfite w najróżniejsze i najdziwniejsze wrażenia.
Śnią Jej się rzeczy niespotykane, barwne i zabawne.
Szkoda tylko, że po przebudzeniu pamięta się szczątki historii sennych.
W jednym ze snów zwinęła skądś miedziany rower. Jej Luby mówi, że musiał kosztować fortunę. W śnie wyglądał dość przeciętnie i tak, jakby ktoś go w domu wyklepał. Natomiast nie zmienia to faktu, że Ona była do roweru bardzo przywiązana. Rower miedziany miał zainstalowany specjalny bak. Bak był przyczepiony na stałe do ramy i był w kształcie koszyka, z którym kobiety chodzą na plażę. W każdym razie Jej się tak to kojarzy, bo sama rzadko bywa na plaży, a jak bywa, to bez koszyka. Bak był zainstalowany w bardzo konkretnym celu. Otóż Ona codziennie wsiadała na rower i jechała do starej fabryki produkującej kisiel o smaku „jabłko z cynamonem”. Tyle, że nie był to kisiel w proszku, a już taki ugotowany. Gotował się w wielkich kadziach w złotym kolorze. Fabryka była dość oryginalna, ponieważ była to zwykła, otwarta wiata. Dostać się tam nie było trudno. Podjeżdżała niezauważenie do kadzi, chochlą wybierała kisiel i przelewała go do baku przymocowanego do roweru. Nie pamięta dokładnie, co z tym kisielem dalej robiła. Chyba zawoziła do domu na wsi (skąd Jej się wieś wzięła?) i tam wraz z rodziną rozdzielali na mniejsze porcje. Tak Jej coś świta.
Kolorystyka snu także była dość niesamowita, trochę jak w pierwszych kolorowych filmach.
Sen numer dwa poruszał poważniejsze tematy, choć także w dość nietypowy sposób. Tym razem mieszkała razem z Jej przewodnikiem (starszy siwy pan, przypominał szamana) w środku lasu, w bunkrach urządzonych na dom. Codziennie chodziła na wielką górę, która znajdowała się przy uczęszczanej drodze. Na górze tej przesiadywały prostytutki i czekały na swoją okazję. A Ona siedziała tam całymi dniami i z nimi rozmawiała, próbując sprowadzić je na „właściwą drogę”. Za działanie przeciw biznesowi spalono im dom. Z pięknie urządzonych bunkrów zostały same mury. Ale nie poddali się. Tutaj doda, że nie ma pojęcia co robił ten Jej przewodnik, kiedy Ona przesiadywała na górze. W każdym razie w domu, lub czymś co z niego zostało był zawsze i mówił bardzo mądre rzeczy. Oczywiście nie pamięta teraz jakie dokładnie. W każdym razie dalej chodziła na górę dziwek. Siedząc na tej górze, spotkała któregoś razu Jej dawną wielką miłość. Dawna miłość był już w związku małżeńskim (jak jest w rzeczywistości nie ma pojęcia, bo nie utrzymują kontaktów). Zaprosiła Ją na kawę i pogaduchy. Poszła. Gadali, pili i było naprawdę sympatycznie. Oczywiście w tym miejscu też nie pamięta o czym rozmawiali, ale wie, że było miło i wesoło. Nagle wparowała żona dawnej miłości – musi przyznać, że bardzo ładna kobieta – i zaczęła robić awanturę, że dawna miłość to ostatni z ostatnich i puszcza się na prawo i lewo, a Ona to na pewno dziwka, bo widziała Ją na górze. I nie szło wytłumaczyć. Współczując dawnej miłości, wstała i wyszła. Wróciła do swojego bunkru w lesie. Zadzwonił budzik i nie wiadomo jakby się ta historia skończyła.

Ona

Skoro tak długo Jej nie było, to zacznie od razu z „grubej rury”.
Ogólnie rzecz biorąc jest w tym momencie tysiąc rzeczy, o których chciałaby powiedzieć, bo dawno Jej nie było i dużo w tym czasie się działo, ale te czarne plamy rzeczywistości wymuszają pierwszeństwo wśród innych spraw.
Przypadek pierwszy.
Wracała w piątek z pracy do domu. Ta droga, pokonywana prawie codziennie to jakieś 500m. Niby co się może dziać na tak krótkim odcinku w biały dzień? Ano może. Idąc sobie czymś a la parczek (to jest tak małe, że parczkiem nie śmie tego nazwać) i myśląc o tysiącu spraw, które zaprzątały Jej głowę, coś zaburzyło Jej znany tak dobrze krajobraz. Tym czymś były gołe, męskie pośladki, które bez skrępowania wystawiały się na widok publiczny tuż przy ścieżce. Oczywiście pomyślała, że szanowny pan oddaje mocz, choć dziwne, że przy tak mocno spuszczonych portkach. Szanowny pan spojrzał na Nią i wtedy Ona zauważyła, że pan wcale nie oddaje moczu, tylko usilnie pracuje nad uzyskaniem spełnienia seksualnego. Najpierw Ją trochę zamurowało. Potem postanowiła zrobić panu psikusa, wyjęła telefon i zadzwoniła do swego Lubego, by mu powiedzieć jakie to atrakcje można spotkać tuż pod ich blokiem. Nie wie, czy pan się przejął, bo postanowiła nie sprawiać mu tej przyjemności i się na niego nie gapić. Poza tym dla Niej wątpliwa to przyjemność. Ona jak Ona, jest już stara baba i niejednego zboczeńca-dewianta w życiu widziała. Na szczęście żadnego naprawdę groźnego. Ale do jasnej Anielki, gdyby szła tam dziewczynka? Czy naprawdę dziś ludzie są już tak powykrzywiani, że nie mogą zaspokoić swoich potrzeb w domu? Nikomu nie broni się samo-zadowalać, ale nie ma ochoty w tym uczestniczyć i czuć się napastowana. Teraz przyszło Jej do głowy, że może zamiast do Lubego powinna dzwonić na policję? Tylko nim policja się zjawi, to pan onanista dawno się zmyje. A Ona przecież nie będzie go prosić by poczekał. Zastanawia się także, czy kiedyś, jak była dzieckiem to takich typów było mniej, czy po prostu udawało Jej się na nich nie trafiać. Fakt, że w czasach szkoły średniej miała wybitne „szczęście” to tego typu spotkań, ale od dziesięciu lat udało Jej się tego uniknąć. Myślała, że może kiedy była młodsza to w jakiś nieświadomy sposób przyciągała takich ludzi do siebie. Ale jak widać ani wiek, ani strój, ani wygląd nie mają w tej kwestii żadnego znaczenia. Zastanawia się tylko, jaka jest najlepsza reakcja na takie spotkanie trzeciego stopnia?

Przypadek drugi.
Żeby zbyt długo się nie nudziła, w niedzielę miała kolejną sposobność do doświadczeń mało przyjemnych. NA szczęście zdarzenie nie dotyczyło Jej bezpośrednio. Otóż po sobotnim spotkaniu koleżeńskim, które zakończyło się późno w nocy, dość długo sobie spała w niedzielę. I nawet miała całkiem przyjemne sny. Jej błogostan senny został zakłócony przez przeraźliwe krzyki z zewnątrz. Musiała mieć chwilę, by dotarło do niej co to za dźwięki. Były to krzyki o pomoc. Wstała jak poparzona i podbiegła do okna. Najpierw nie mogła zlokalizować dźwięku. Po chwili zobaczyła, jak dwóch „karków” leje jakiegoś faceta. Nim zdążyła połączyć się z policją, napastnicy poszli, rzucając brzydkim słowem w stronę pobitego. Chciała też zejść do niego, ale zobaczyła, że jacyś ludzie wokół niego się zjawili. A że Ona w stroju niewyjściowym, to pozwoliła innym zająć się tym człowiekiem. Oczywiście nie wie o co poszło, ale jakikolwiek by nie był konflikt, to w ten sposób się konfliktów nie rozwiązuje. To raz. A dwa, to na ile napastnicy czują się bezkarni, skoro piorą kogoś w środku dnia, na oczach innych ludzi. A jak ludzie się tak boją, że nikt nie wyjdzie i nie stanie w obronie krzywdzonego.
Smutne to.

Ona.

Już wróciła.
Majówkowała wyśmienicie i w końcu odpoczęła na wsi polskiej.
Teraz wróciła do zapierniczu w pracy.
Obiecuje niedługo więcej napisać, bo ma o czym :)

Ona

Człowiek całe życie przekonuje się o tym, że to co widzi i wydaje mu się być prawdziwe, wcale takie nie jest.
Nasz umysł odgrywa w tym niebagatelną rolę, ponieważ bardzo często podpowiada nam, co chcemy widzieć i tym samym wykreśla z obrazu rzeczywistości te fragmenty, które mu nie pasują, które są „niewygodne” czy po prostu gryzą się z wyobrażeniem o tym, jak być powinno.
Niestety z Jej doświadczeń wynika, że tego typu omyłki ludzkie najczęściej dotyczą „bliźniego swego”. Człowiekowi się wydaje, że człowiek drugi to dobra istota. Potrafi u się tak wydawać dobrych kilka lat. Aż tu nagle, ni z gruchy ni z pietruchy, okazuje się, że nic bardziej mylnego. Człowiek drugi zostaje przy jakiejś okazji obdarty z wyobrażeń człowieka pierwszego i ten przeżywa szok. Człowiek numer dwa wcale nie jest dobrą istotą. Całkiem przeciwnie, jest istotą złą. Rodzi się tylko pytanie, czy człowiek pierwszy tak bardzo chciał widzieć w człowieku drugim istotę dobrą, że nie zauważał jego złych uczynków? Czy może człowiek drugi jest na tyle zepsuty i zły, że udawał istotę dobrą, by wyciągnąć z tej relacji jakieś korzyści? Najpewniej zależy od sytuacji. Jedno i drugie ma miejsce prawie zawsze w przypadkach miłosnych. Niestety miłosnych jednostronnych, bo na koniec okazuje się, że miłość była ze strony tylko jednej istoty. Tej dobrej.
Od wczoraj siedzi i myśli i z szoku wyjść nie może. Pewna kobieta zostawiła pewnego mężczyznę. Ona tego mężczyznę zna od dziecka, kobietę od kilku lat, odkąd zeszła się z owym mężczyzną. Oczywiście ludzie się rozstają, tak się zdarza. Jednak zazwyczaj nim się rozstaną coś złego zaczyna się dziać. Nieporozumienia, sprzeczki, kłótnie. A tu? Wyglądało jak w normalnym związku z małym dzieckiem. Czasem są spięcia, czasem kobieta jest zmęczona poczuciem pewnego uwiązania do domu i dziecka. Mężczyzna w związku z tym robił wszystko, by kobieta miała czas dla siebie. Biegł z pracy do domu, by ona mogla wyjść i spełniać swoje pasje.
I nagle kobieta stwierdziła, że mężczyzna jej nie rozumie, że ona jest artystką – pisze, gra, tańczy, a on jest taki zwykły… Że kobieta nie ma o czym rozmawiać z mężczyzną, i że tak było od początku… A mężczyzna tak kocha tę kobietę… To co jednak Ją sparaliżowało, to bezczelność owej kobiety. Rzuciła mężczyznę, który dał jej ogromną miłość, syna i dach nad głową (Jej zdaniem dla innego mężczyzny – „artysty”) i ma czelność zadzwonić do niego z oświadczeniem, że potrzebuje nowe buty. Jak tak można?! Jak można być tak bez serca i uczuć? Zastanawia się, czy to jest po prostu perfidna, egoistyczna i zła kobieta, czy może tak głupia, że nie widzi w takim zachowaniu nic złego?
Jej bardzo szkoda tego mężczyzny, bo nie zasłużył na to, co właśnie go spotyka.

Ona

Staje się!
Wspomagana słowem, gestem, czynem Lubego podjęła decyzję o porzuceniu Jej wiernego przyjaciela – nałogu tytoniowego. Poza rodziną jest to chyba jedyny przyjaciel, który wytrzymał z Nią tak długo. W zasadzie wychodzi na to, że znają się świetnie ponad połowę Jej życia. Długości jego życia nie zna, bo on chyba stary jak świat i o ile Jej wiadomo, jest przyjacielem nie jednego Człowieka. To właściwie dało Jej do myślenia, bo czy można być przyjacielem tylu ludzi na raz i większość swoich przyjaciół pogrzebać? Coś tutaj chyba nie gra…
Ważny wpływ na decyzję o zerwaniu wszelkich kontaktów miał Luby, który za Przyjacielem nie przepada. Tolerował czas długi, ale coraz częściej dawał znać, że źle się czuje w jego towarzystwie. Ona gdzieś tam, kiedyś przebąknęła, że jak zda prawko, to Przyjaciela zostawi. Luby zapamiętał i już wyjścia nie było. To znaczy wyjście jest zawsze, ale Ona stwierdziła, że to dobry impuls jest i przecież nie każda przyjaźń trwa wiecznie. W końcu tak jak w miłości, tak i w przyjaźni zdarzają się związki toksyczne. Ten bez wątpienia taki był. W pewnym sensie jeszcze jest, ponieważ nie uwolniła się z niego do końca. Prawdę mówiąc dopiero zaczyna się uwalniać i wcale łatwe to nie jest.
Od kilkunastu lat nie miała chęci rozstawać się z tym Przyjacielem. Gdzieś kiedyś na chwilę, by się oczyścić, albo by trochę odetchnąć po zbyt intensywnych kontaktach. W końcu wszystko i wszyscy w nadmiarze są męczący. Ale nie miała w głowie myśli, by się rozstać całkowicie i na zawsze. Teraz ta myśl też sprawia Jej pewien kłopot. Mieli swoje nawyki i rytuały… Na razie myśli, że będzie Jej ich brakować. Lubiła te ich wspólne wieczory z filmem i lampką wina, albo w dyskusji z kimś jeszcze. Ten moment, kiedy była wściekła i na chwilę się spotkali… Wtedy spływał na Nią spokój…
Tylko wie teraz, że to nie była/jest dobra przyjaźń. On Ją po części ubezwłasnowolnił. Sprawił, że kiedy go nie ma, to nie może przestać o nim myśleć. Kiedy przychodzi czas na ich rytuał, a on się nie pojawia, to zaczyna być zła i wszystko Ją irytuje. Nie zdawała sobie sprawy, że aż tak bardzo się od niego uzależniła. Nie fizycznie, bo ciało Jej nie boli…Ale zapanował nad Jej umysłem, z czego wcześniej nie zdawała sobie sprawy.
To była zła przyjaźń.
Czas ją zakończyć.
Żeby tylko nie straciła sił.

Ona

W końcu!
Za siódmym razem Jej się udało.
A co?
Zdać prawo jazdy.
Nigdy nie chciała i nie czuła potrzeby.
Zmusiła Ją praca.
Na jazdach szło Jej świetnie.
Na egzaminach zupełnie odwrotnie.
Dziwne, że sprawdzenie tak prostych umiejętności tak ją stresowało,
a egzaminy na studiach powodowały pełną mobilizację i dojście do celu.
Na szczęście już za Nią.
Teraz nawet z przyjemnością będzie CZASEM siadać za kierownicę.
Czasem, bo lubi chodzić i nie lubi być zależna.
A samochód uzależnia.

Wino zwycięstwa jest pyszne.

Ona

Muzyczny powrót

1 komentarz

Odwiedzili niedawno z Lubym ich Sklep z Płytami.
Ona miała tylko małą chwilkę, ponieważ spieszyła się na kolejne spotkanie, ale poszperać musiała. To jest ta przyjemność, której nie może sobie odmówić. Wśród niezliczonej ilość płyt i twórców czasem ciężko coś na chybcika wynaleźć. Były rożne płyty, które mogłaby mieć, ale bez nich nie umrze. Np.Eric Clapton. Bardzo go lubi, ale ma jego muzykę na komputerze, więc na razie aż takiego ciśnienia nie ma. Było też mnóstwo wykonawców, o których Ona nigdy nic nie słyszała. Powinna chyba chodzić tam z kartką, spisywać nazwiska i nazwy zespołów, po czym szukać w necie, żeby sprawdzić czy warte zakupienia.
W każdym razie wynalazła dwie płyty dla siebie:
1.Macy Gray – przez wielu już zapomniana. W Polsce głośno było o niej hmm…Chyba na początku lat ’00, może to był 2004, ale na pewno dawno temu. Ona była jeszcze w liceum, a to było dawno. Macy jest bardzo energetyczna, pobudzająca do działania i wyjątkowa. Nie sposób pomylić jej z kimkolwiek innym. Ma niepowtarzalny głos, sposób śpiewania i muzykę. Także teksty ma z sensem, a dziś to rzadkość.
Naprawdę słucha się z ogromną przyjemnością.

2.Guano Apes – Zespół, którego muzyka kiedyś była wyrazem Jej buntu. Dziś odkryty na nowo dzięki Sklepowi z Płytami. Muzyka mocna, ale nie rozrywająca człowieka na kawałki. Uwalnia Jej negatywne emocje i pozwala się wyżyć, bez robienia nikomu krzywdy :) Jednak dalej lubi mocne brzmienia.
Guano pewnie mniej osób strawi, ale także warto posłuchać.

Ona

Wczoraj miała prawie idealny dzień. Idealny, bo spędziła z najbliższymi cały dzień – od 10.00 do 19.00 i mogłaby jeszcze! Jedyne niemiłe zaskoczenie to grad, który złapał ich na po – śniadaniowym spacerze. Grad! W Wielkanoc! Przecież to święta wiosenne. Powinno się zielenić, pąki na drzewach pękać, a kwiatki kwitnąć. Ech… Na szczęście to nie przyćmiło ogólnej radości z tego wspólnego dnia. Objedzona oczywiście po kokardkę, ale jak pysznie było! Największe pozytywne zaskoczenie stołowej obfitości – udziec indyczy w szalopkach. Musi od Taty przepis wyciągnąć i sama zrobić. Już nie mogła, a zjadła drugi kawałek. Smaczne, delikatne, rozpływające się w ustach mięsko i ta słodycz małych cebulek. Pyszności!
A dziś Jej smutno. Smutno, bo sama jadła świąteczne śniadanie dnia drugiego. Tak się ułożyło, że Luby w Święta pracuje… Każdy spędza ten drugi dzień już we własnym, mniejszym gronie domowym. A moje grono haruje dziś jak wół… Dobrze choć, że Klarysa jest i szaleje jak na młodą kotkę przystało, czyli absolutnie zapamiętale i nie zwracając uwagi na nic, co pojawia się na jej drodze do celu, który Jej wydaje się bliżej nieokreślony.
Za godzinę mają Bandowe jajko. Niby miło, dawno się z szaloną ekipą nie widziała, ale jakoś Jej się nie chce. Bez Lubego Jej się nie chce… Siedzieć samej w domu też nie jest wesoło. Motyla noga, czemu nikt nie mówił, że mieszkając pod jednym dachem tak bardzo można tęsknić za Lubym?

Ona

Idą Święta, o których tu i ówdzie się wspomina, mówi, czasem mocno przeżywa ich nadejście.
Z każdym rokiem zauważa dwie istotne zmiany związane ze świętami. Tymi Bożonarodzeniowymi i Wielkanocnymi.
Choć może to wcale nie są tak wielkie zmiany, tylko Ona z wiekiem coraz więcej widzi. Absurdalnie, bo wzrok Jej się wcale nie poprawia.
W każdym bądź razie do rzeczy. Otóż pierwsza z zastanawiających ją spraw to podejście ogromnej rzeszy (ogląda ostatnio Czas Honoru i słowo „rzesza” jakoś dziwnie Jej brzmi) Ludzi do Świąt. Coraz częściej spotyka się z negatywnym nastawieniem do tego wydarzenia. A jaki jest jego powód? Najczęściej podawaną przyczyną jest „sztuczność” całego zajścia. Bardzo wiele rodzin jest mocno podzielona różnymi konfliktami, sprzecznościami w różnych kwestiach, rozwodami, podziałami majątków, praw do dzieci i tysiącem innych. Na Święta spotykają się przy jednym stole i udają, że są kochającą się rodziną. Absurd. Ale to powoduje, że ci wszyscy, którzy są członkami takich rodzin, wcale świąt nie lubią. A wręcz przeciwnie, kojarzą się im one z totalną obłudą. W tym wypadku naprawdę zastanawia Ją, jak ci ludzie są w stanie wysiedzieć razem przy stole i się nie pozabijać, a przynajmniej nie wszcząć jakiejś awantury. Choć to drugie podobno często się zdarza. Zwłaszcza jak rodzina przy tym stole popije. I przyzna, że w takiej szopce sama nie chciałaby brać udziału.
Drugi najczęściej podawany powód? Brak wiary w Boga. Też jest w stanie to zrozumieć. W końcu sama jest niewierząca. Fakt, kogoś może drażnić, że jest bezwyznaniowy lub innego wyznania, a ma narzucone Święta. Tylko, że zawsze są dwie strony medalu. Ona jako niewierząca Święta obchodzi i bardzo, ale to bardzo je lubi. Pewnie ktoś spyta: Niby czemu je tak lubi, skoro w Boga nie wierzy? Ano dlatego, że dla Niej Święta mają zupełnie inny wymiar. Jest to jedna z nielicznych okazji, kiedy udaje Im się spotkać całą Rodziną. Od stycznia, kiedy Brat się ożenił Rodzina liczy… 20 osób. I nie ma w tym żadnego musu, żadnego udawania i sztuczności. Wszyscy, co do jednego, niezmiernie cieszą się z tych wspólnych spotkań przy ogromniastym stole. Naprawdę przy żadnym innym stole Ona nie widzi tyle radości, śmiechu, życzliwości i miłości. Święta to piękny czas, który można spędzić z ukochanymi osobami. Nigdy nie wiadomo, czy następne spędzimy w tym samym gronie… Bardzo Jej przykro, smutno właściwie, kiedy widzie, że ludzie tak męczą się ze sobą w tym wyjątkowym czasie. I chciałaby, by każdy (a w każdym razie większość) odczuwała radość z bycia razem, nie zależnie od okazji. A dla tych, którzy są wierzący i potrafią ten czas przeżyć duchowo jest pełna podziwu.
Druga sprawa, która ją smuci, jeśli chodzi o Święta, to zanik tradycji. Bardzo wielu tradycji. Ona sama pamięta jak na ileś dni przed Świętami się pościło, a już na pewno nie jadło mięsa. To miało swój urok i dawało poczucie oczekiwania. Dziś nawet w Kościele post już nie jest obowiązkiem, więc tym bardziej w rodzinach świeckich się tego nie praktykuje. Ona sama i owszem i jeszcze jak mieszkała w domu rodzinnym to sama pilnowała, by każdy przestrzegał tradycji. Również nie każda rodzina dzieli się jajkiem czy opłatkiem. Tyczy się to głównie rodzin świeckich oczywiście. Ona jednak uważa, że jest to niezwykły i wzruszający zwyczaj. Człowiek życzy drugiemu tego co najlepsze, wiedząc co dzieje się u drugiej osoby życzy tego, co tamta obecnie najbardziej potrzebuje. Jest to naprawdę piękny moment. A ludzie zbyt rzadko mówią sobie dobre słowa.
I jest tylko jedna rzecz, której Ona nie rozumie – szaleństwo świątecznych porządków. Oczywiście, bardzo to dobra okazja do gruntownego posprzątania mieszkania, bo nie sądzi, żeby ktoś robił to co tydzień. Ale dlaczego ludzie dają się zwariować? Ostatnio koleżanka z pracy Jej powiedziała, że Święta ją stresują, ponieważ nie wie, czy wyrobi się z posprzątaniem wszystkiego. A okna zaczęła myć chyba trzy tygodnie temu (fakt, że ma dom, a nie mieszkanie). I że jeśli nie będzie wszystko idealnie uprzątnięte, to Święta już nie takie. Tego, to Ona kompletnie, totalnie, absolutnie nie jest w stanie pojąć. Przecież sens Świąt to nie idealnie posprzątana chata? Sensem Świąt jest miłość. A do kogo, to już zależy od jednostki.

Ona

Okazuje się, że stepowanie w Polsce jest zdecydowanie niszową formą tańca i rozrywki.
W Jej mieście są dwie szkoły stepowania, z czego tylko jedna godna polecenia. W niej z resztą uczy się tej całkiem skomplikowanej techniki. Ale nie może powiedzieć, żeby jedna bądź druga szkołą cieszyła się specjalnym zainteresowaniem. Owszem, odkąd zaczęła stepować przyszło do szkoły pewnie dziesięć/dwanaście osób, by zobaczyć, spróbować i zastanowić się, czy chcą się tego uczyć. Ostała się jedna osoba. Co w ogólnym rozrachunku wypada kiepsko, ponieważ z osób, z którymi zaczynała dwie zrezygnowały. W ten sposób jest ich w grupie aż pięć osób! Z jednej strony fantastycznie – dużo miejsca, instruktorka ma czas, by każdemu z osobna poświęcić chwilę. Z drugiej zastanawiające, dlaczego ta forma tańca nie przyciąga ludzi? Fakt nie jest tak żywiołowa jak salsa, tak łatwa jak zumba, czy tak rozreklamowana jak hip hop i wszelkie jego odmiany. Jest za to niezwykle precyzyjna, dająca dużo radości, ucząca jak żadna inna poczucia rytmu. (Jej do tej pory się wydawało, że ogólnie z tańcem ma do czynienia od kilkunastu lat, więc z rytmem zero problemu. Okazuje się, że a cappella wcale nie jest łatwo.) I okazuje się, że człowiek może grać i tańczyć równocześnie. Dość niesamowite.
W związku z tym, że stepowanie nie jest w Polsce popularne, ciężko znaleźć odpowiednie buty. Oczywiście w sklepach tanecznych są buty do stepowania, ale one nadają się na Broadway, gdzie step jest dodatkiem do tańca, a nie sztuką samą w sobie. W tych butach ciężko osiągnąć szybkie tempo wybijania rytmu. Są też buty do stepowania, które mają miękki środek podeszwy. Także dla tancerzy, którzy stepowanie traktują jako dodatek do czegoś innego, bo w takich butach ciężko stanąć choćby na chwilę na czubku. Stopa się złamie.
Najlepsze są buty firmy Bloch, ale w Polsce dostępne w jednym sklepie i w sumie wychodzi drożej niż sprowadzić je z Londynu na własną rękę. Swoją drogą zastanawiające…
Jej udało się zakupić odpowiednie buty i wczoraj pierwszy raz w nich trenowała. Może nie są najlepsze, ale jak cudownie w końcu mieć instrument do grania! Od razu miała dużo większą radochę zarówno z tańczenia układu, jak i z ćwiczeń technicznych. Buty wygodne, dość lekkie i idealnie ułożone. Jedyny mankament i plus za razem, że teraz dużo wyraźniej słyszy, że technika pozostawia jeszcze wiele do życzenia.

Ale buciki mają już swoje specjalne miejsce w domu.
A wyglądają tak:

  • RSS